sobota, 7 maja 2022

Credo

Kiedy patrzę na swoją transformację, która miała miejsce na przestrzeni lat, widzę zmiany w sobie, które w pewnym sensie są zmianami na lepsze i gorsze jednocześnie. Ocena tych zmian może być diametralnie różna w zależności od obranej miary. A większość z tych miar można uznać za bardzo istotne, co znacząco komplikuje sytuacje. Zmiany są bardzo głębokie, o czym świadczy fakt, że kiedy wróciłem jakiś czas temu do tekstów, które napisałem w czasach liceum, odczuwałem nie tylko to, że utraciły one swoją aktualność, ale także pewien rodzaj wstydu z tego powodu, że kiedyś w ogóle w taki sposób myślałem. Jest to rzecz jasna niezbyt zdrowy sposób myślenia. Trudno oczekiwać, żeby ktoś z bardzo niewielkim doświadczeniem życiowym myślał jak ktoś, kto już zdążył doświadczyć w życiu znacznie więcej. Nie ma też nic uwłaczającego w myleniu się czy popełnianiu błędów o ile staramy się z nich wyciągać wnioski, a błędy w myśleniu korygować. Zresztą błądzenie i podejmowanie złych decyzji jest nieodłączną częścią naszego życia, czymś co ostatecznie sprawia, że się rozwijamy. Być może więc warto by było spojrzeć na nie w szerszym kontekście, nawet z pewnym rodzajem dumy. Oto droga, którą przeszedłem. Czasem była wyboista, ale te wszystkie nierówności ukształtowały mój charakter i sprawiły, że jestem tym kim jestem. 
     Kiedy patrzę na siebie, sprzed kilku lat, a także na swoje teksty, widzę, że postrzegałem świat jako znacznie mniej skomplikowane miejsce. Wszystko wydawało się znacznie prostsze. Chciałoby się powiedzieć, że cechowała mnie duża naiwność, ale być może nie zawsze to była naiwność, ale ciężar życia sprawił, że w niektórych aspektach stałem się teraz zgorzkniały i bardziej pesymistycznie nastawiony. A być może oba wytłumaczenia są w tym przypadku poprawne. Zmiany, które we mnie zaszły na pewno można nazwać rozwojem na poziomie intelektualnym. Rozumiem i dostrzegam znacznie więcej niż kiedyś, zarówno w otaczającym mnie świecie jak i w sobie. Znacznie wzrosła też moja otwartość. Paradoksalnie jednak większa wiedza niekoniecznie niesie z sobą większy pokój. Poznanie bardziej niektórych problemów sprawiło, że nie wiem co o nich myśleć. Zdaje się, że istnieje dużo takich, dla których nie ma dobrych rozwiązań, mimo, że kiedyś zdawało mi się, że je znam.              Jednym z największych i najtrudniejszych odkryć było doświadczenie zła i tego, że każdy może zranić. Doświadczenie tego, że ja również nie jestem zupełnie nieszkodliwy i niegroźny i również potrafię zadawać ból. Istnienie zła wydaje się być czymś oczywistym. Nawet przedszkolak wie, że nie każdemu należy ufać. Od małego uczy się dzieci, żeby nie ufać nieznajomym. Od pierwszych lat dowiaduje się też o okrucieństwach wojen czy zbrodniach wojennych. Uczy to jednak, że zło jest czymś względnie dalekim, abstrakcyjnym. Zagrożenie jest gdzieś daleko, a najbliższe otoczenie jest bezpiecznym azylem. Dopiero doświadczenie zła ze strony najbliższych osób, wyrywa z tej iluzji bezpieczeństwa. Nagle się okazuje, że człowiek, któremu ufałeś też potrafi zranić. Czasem jest to coś niezamierzonego, ale bywają sytuacje, w których jest zrobione to z pełną premedytacją. Doświadczenie zranienia przez bliską osobę, równa z ziemią poczucie bezpieczeństwa. Oto jedna z niewielu rzeczy, które wydawała się być pewna, w tym niepewnym świecie, nagle przestaje nią być. Doświadczenie tego po raz pierwszy jest czymś wręcz dewastującym, po czym trudno się pozbierać. A pełne zaufanie kolejnym osobom i otwarcie się przed nimi, przestaje być naturalnym zachowaniem, a staje się aktem odwagi. Postawa zaufania przestaje być domyślnym sposobem zachowania, od teraz ktoś na to zaufanie musi zapracować. A nawet jak ktoś już zapracuje na zaufanie, to są w nas miejsca, w które nie wpuszczamy prawie nikogo. Jest coś niezwykle przygnębiającego w tej wizji. Istnieje we mnie potrzeba bycia zrozumianym w sposób dogłębny. Nie jest to jednak, możliwe bez całkowitego, a przynajmniej znacznego odsłonienia się, którego się często boję. Często w sytuacjach, kiedy przeżywałem trudności bardzo chciałem, żeby to zostało zauważone, a jednocześnie robiłem wszystko, żeby nikt nie zauważył, że coś jest nie tak. Daje to poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, ale za to pogłębia poczucie samotności. Kiedy próbuje analizować z czego wynika to, że często staram się robić dobrą minę do złej gry, dochodzę do wniosku, że wynika to z tego, że nie chcę okazywać słabości. W słabości nie ma nic pociągającego. Zachwycają nas ludzie sukcesu, ludzie odważni, tacy, którzy zdają się być nie do złamania. Słabi zasługują co najwyżej na litość, a nie na podziw. Przekonanie o tym, że na miłość i bliskość trzeba sobie zasłużyć, które wciąż mocno tkwi we mnie, a także pewnie w wielu innych osobach, jest bardzo niszczące. Możemy korzystać z języka religijnego i mówić o tym, że Bóg kocha, każdego człowieka i że każdy człowiek jest ważny, ale ostatecznie wszystko dookoła zdaje się mówić, że w praktyce to wcale tak nie działa. Bóg może i kocha każdego człowieka, ale wśród ludzi zdają się panować inne zasady. A odwoływanie się do miłości Boga, podczas rozmowy z człowiekiem, który czuje się zupełnie osamotniony może mieć często porównywalny sens jak przytaczanie komuś, kto umiera z pragnienia, fragmentu Pisma Świętego mówiącego o tym, że Słowo Boże orzeźwia duszę. Ostatecznie efekt jest taki, że staram się budować swój wizerunek jako kogoś, kto trzyma swoje życie mocno w swoich rękach i jest dokładnie w tym miejscu, w którym chciałby być, co nie zawsze jest prawdą. Zachowuje się jak handlarz aut, który próbuje sprzedać samochód po wielu wypadkach jako taki w stanie niemal idealnym. A przecież wszyscy jesteśmy słabi. Wszyscy jesteśmy poturbowani przez życie. Niektórzy mniej, inni bardziej. Wgniecenia są w różnych miejscach. Mniej lub bardziej widoczne, ale na pewno gdzieś są. 
    Doświadczenie cierpienia obniżyło moją wrażliwość. Przyzwyczajenie do odczuwania bólu sprawiło, że przywykłem by obserwować go u siebie czy innych. Stał się jakby częścią otaczającego mnie krajobrazu. Nie za bardzo wiem, w którym momencie się to stało, ale widząc czyjeś cierpienie, przestało to oddziaływać w znaczący sposób na moje emocje. Pamiętam, że kiedy przez parę dni przebywałem w obozie dla uchodźców na Lesbos to na poziomie intelektualnym miałem świadomość, że dzieje się tam coś bardzo złego, ale na poziomie emocjonalnym nie wpływało to na mnie prawie wcale. Właściwie jest to bardzo przydatne, bo pozwala mi na wiele spraw spojrzeć na chłodno podczas, gdy inne osoby, są pogrążone w emocjach. Jednak z perspektywy kogoś, kto patrzy na moje zachowanie z boku może wyglądać to jako egoizm. I może w jakimś stopniu jest to egoizm. 
    Po paru latach zauważyłem też jak zmienił się mój sposób patrzenia na wiarę i na Boga. Dziecięca ufność, którą miałem kilka lat temu mocno stopniała. Bóg jest i pewnie działa, ale żeby coś się zmieniło muszę faktycznie na to samemu zapracować. Muszę przyznać, że wpadłem w pewną pułapkę, z której do dziś próbuje się wydostać. Doświadczenie długotrwałego cierpienia i idących z nim długotrwałych modlitw o to, żeby coś się zmieniło, które zdawały się nie być wysłuchane, sprawiły, że w pewnym momencie przestałem prosić i pytać. Bóg jest, ale chyba nie potrzebuje wskazówek. Poprowadzę swoje, życie po swojemu, bo kiedy pytałem o drogę czy prosiłem o światło to odnosiłem wrażenie, że nie dostawałem żadnej pomocy. Jednak możliwe jest, że choć tego nie widziałem to On cały czas mnie prowadził. Ja jednak zacząłem żyć w poczuciu, że to ja jestem sobie sterem i żaglem. Ma to swoje dobre strony. Poczucie, że tylko od mnie zależy co ze mną będzie może motywować do działania i sprawić, że będę szybciej podejmował istotne decyzje. Jednak brak refleksji, która była częścią modlitwy może sprawić, że decyzje te będą pochopne. Myślę, że często się tak zdarzało w moim życiu. Strategia jaką często przyjmuje w kryzysowych sytuacjach jest taka, że w momencie gdy coś nie działa to zaczynam myśleć o tym co mogę zmienić, żeby było inaczej. Czuję, że nic się w moim życiu nie dzieje. To może warto by było je jakoś rozhuśtać? Może znaleźć ciekawszą pracę? Może wejść w nowe środowisko i poznać nowych ludzi? To zasadniczo dobra strategia na wyjście z marazmu. Może się jednak okazać, że po jakimś czasie nowości przestaną być nowe i wróci poprzedni stan, a sił na dalsze zmiany już nie będzie.

piątek, 22 czerwca 2018

Ludzie są piękni!

Często słyszy się narzekanie, że w dzisiejszych czasach ludzie są źli, myślą tylko sobie, są nieczuli i cyniczni. Może to prawda, niemniej jednak, kiedy mówimy takie rzeczy należy sobie postawić pytanie co nas czyni lepszym od całej reszty społeczeństwa i jak to się stało, że my jesteśmy tacy wspaniali, a wszyscy inni dookoła to chodzące zło. Cóż, jeżeli ktoś jest w stanie sobie, w pełnej szczerości odpowiedzieć na to pytanie, to jestem pełen podziwu. Jeśli jednak dojdziemy do wniosku, że nie jesteśmy wcale lepsi od reszty, to powinniśmy sobie postawić pytanie czy przypadkiem wytykając palcami grzechy ludzkości, nie krytykujemy samych siebie. Oczywiście nie ma nic złego w konstruktywnej samokrytyce, niemniej jednak żeby miała ona sens musi być świadoma, a wątpię żeby tak było gdy mówimy o ogólnym zepsuciu całego świata nie podkreślając, że i my do niego należymy. Wydaje się więc, że można więc podejść do tego tematu, w sposób dwojaki. Widząc zło wszędzie, ale tylko nie w sobie lub też dojść do wniosku, że wszyscy jesteśmy tak samo pozbawieni jakiejkolwiek zdolności do czynienia dobra. Prowadzi to jednak do permanentnej depresji. Jak bowiem można żyć w świadomości tego, że właściwie na tym świecie nie ma żadnego dobra, a więc nic dobrego nie może się wydarzyć? Ja widzę to jednak trochę inaczej.
Myślę, że w czasach gdy na około widać tak wiele zła, tak wiele cierpienia i przemocy, szczególnie istotne jest, aby szukać piękną we wszystkich otaczających nas osobach. Przy całej trudności tej postawy, przy tym całym sprzeciwie jaki się rodzi w mojej głowie, uważam, że jest to słuszne i co ważniejsze prawdziwe. Każdy z nas doświadczył, w życiu bólu spowodowanego przez drugiego człowieka. Czasem niewyobrażalnego bólu, nie mieszczącego się w głowie cierpienia. Ale mimo to będę twierdził, że to prawda.
Ostatnio z niepokojem doszedłem do wniosku, że ja w sumie nie mam, żadnego hobby, żadnej pasji. Nic mnie nie jest w stanie zaciekawić, przez dłuższy czas. Wszystko pewnym czasie przestaje być interesujące. Jednak uświadomiłem, sobie że jest jedna rzecz, która mi się nigdy nie znudziła i raczej nie znudzi. To rzeczą jest poznawanie ludzi. Za każdym razem kiedy poznaje kogoś, odkrywam coś nowego. To niezwykle piękne, że wszyscy jesteśmy tacy różni. Mamy inne podejście do życia, wiary, innego człowieka. Chyba wśród wszystkich osób, które zdołałem bliżej poznać nie znalazła sie ani jedna tak osoba, która nie wniosła by czegoś nowego, świeżgo, pozytywnego w moje życie. Myślę, że w każdym człowieku jest piękno, dobro, jeśli go nie dostrzegamy, to wyraźny znak, że zbyt krótko i płytko patrzymy. Szczerze mówiąc mam ogromną tendencje do szufladkowania ludzi. Na ogół wchodząc w nowe środowisko, w ciągu kilku minut mam już wszystkich podzielonych na różne kategorie. Szybko dochodzę do wniosku, z kim warto nawiązywać relacje, a z kim nie. W większości przypadków, po poznaniu tych osób, trochę bardziej dochodziłem do wniosku jak bardzo się myliłem.
Myślę, że wszelki egocentryzm, egoizm, zamknięcie się na drugie człowieka jest dramatem, bo pozbawiamy się doświadczenia niezwykłych rzeczy, a co nawet ważniejsze ograniczamy pole manewru samemu Bogu, który przecież działa i mówi przez innych ludzi. Myślę, że każdy człowiek jest piękny, mimo całego swojego poranienia, pogubienia. Mimo tego jak mocno upadli. Poznawanie drugiego człowieka to niezwykła przygoda. Wszystkim można się znudzić, ale nie tym.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Dynamizm wiary

"Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie? Otworzę też drogę na pustyni, ścieżyny na pustkowiu." (Iz 43, 18-19)

Kiedy czytałem ten fragment przyszła mi myśl o tym jak niezwykle istotna jest umiejętność korzystania z tej sytuacji, której w tym momencie daję mi Bóg, zamiast oczekiwania na tą, którą chciałbym żeby mi dawał. Bóg daję w tym konkretnym momencie życia taką a nie inną sytuacje, konkretnych ludzi i mniejsze lub większe siły. Jedyną rzeczą, którą mogę zrobić jest spróbować wyciągnąć jak najwięcej z tego co mam, ugrać tyle ile się da korzystając z tego co posiadam, bo tylko to jest realne, reszta to tylko wspomnienia lub marzenia. Ktoś to tego nie potrafi nie zrobi w życiu nic, bo zawsze będą nieodpowiednie warunki, będą go otaczali nie tacy ludzie jakby chciał czy też nie będzie wystarczająco czasu. Czasami w momencie gdy wszystko działało nagle coś się psuje i sypie się nasz cały plan. To trochę jak w piłce nożnej, gdy przed jakimś niezwykle ważnym meczem kontuzji doznaje kluczowy zawodnik. Pojawia się strach, rozczarowanie, bo na nim opierała się cała gra a teraz go nie ma i trzeba sobie jakość w tej sytuacji poradzić. Czasami wystarczy jedynie dać szansę rezerwowemu, a czasem oprócz tego trzeba jeszcze zmieniać całą taktykę, bo nie mamy więcej wysokich zawodników, więc laga na napastnika już nie zadziała. Czasem konieczne jest porzucenie starych, znanych metod bo stają się przestarzałe, niedostosowane do obecnej sytuacji. Potrzebny jest dynamizm, kreatywność, umiejętność dostosowywania się do nowej sytuacji, zamiast dostosowywania obecnej sytuacji do swoich potrzeb, bo to drugie podejście, albo jest niemożliwe, albo przynosi mierne efekty.

czwartek, 3 maja 2018

Pokój zostawiam wam


"Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka!" (J 14, 27)

Kiedy myślałem o tym fragmencie z Pisma Świętego, zastanawiając się nad jego sensem, pojawiły mi się w głowie dwa pytania. Jak pokój daje świat? I jak go daje Jezus, skoro nie tak jak świat? W odpowiedzi na to pytanie przypomniało mi się pewne łacińskie przysłowie przypisywane rzymskiemu historykowi, Tytusowi Liwiuszowi. „Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny.”. Najsmutniejsze w nim jest, że mimo całej sprzeczności tych dwóch kluczowych słów: „pokój” i „wojna” wydaje się mieć w sobie dużo prawdy. Widać to szczególnie w wszechobecnym wyścigu zbrojeń. Rekcją na wiadomość o skonstruowaniu przez naszych przeciwników bomby, która jest w stanie zniszczyć większe miasto, jest próba stworzenia takiej która zrówna z ziemią miasto oraz okoliczne wioski. Odpowiedzią na ataki terrorystyczne jest nawoływanie o pozwolenie obywatelom posiadania własnej broni. To wszystko w imię pokoju i bezpieczeństwa. I być może jest to słuszne. Być może jest to jedyna możliwość, żeby zapobiec wojnie. Ale czy brak wojny jest równoznaczny z pokojem?
Mimo, że od prawie 30 lat żyjemy w wolnym kraju, a większość z nas nie doświadczyła wojny na własnej skórze. Nie żyjemy w pokoju. Wystarczy zajrzeć do internetu, lub obejrzeć jakiekolwiek wiadomości by mieć tego świadomość. Jesteśmy skłóceni i podzieleni jak mało, który naród i nic nie wskazuje na to, że miałoby to w najbliższych latach ulec jakiejkolwiek zmianie. Oczywiście, można stwierdzić, że na poziomie globalnym czy nawet na poziomie narodowym całkowity pokój jest czymś nieosiągalnym. Ale czy na poziomie osobistym wygląda to lepiej? U mnie na pewno nie. Mimo, że nie mam żadnych śmiertelnych wrogów i nie muszę otaczać się ochroną podczas wyjścia na miasto, to tu też nie ma pokoju. Bo jak nazwać sytuacje gdy są w moim życiu takie osoby, które wole unikać, nawet gdy zachowana jest w tych relacjach pewna tzw. poprawność polityczna i udawana życzliwość.
Jezus nie chcę nam dać jedynie braku wojny. On chce nam dać pokój w pełnym tego słowa znaczeniu. Pokój w którym, którym nie ma lęku. Dozbrajanie się daję pewną gwarancję braku wojny przez jakiś czas, ale powoduje trwanie w ciągłym napięciu i strachu, bo za jakiś czas to co uczyniliśmy może okazać się niewystarczający. Bóg zachęca nas do dążenia do pokoju, który się nie kończy, którego nic nie może zniszczyć. W tym pokoju nie ma lęku, bo opiera się na miłości, a jak pisał św. Jan w swoim liście: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk”. Pozostaje pytanie jak dojść do tego pokoju, w czasach, w których jest niezwykle sporo powodów do strachu. Dla mnie zawsze pomocne było przypominanie sobie, tego kto tu tak naprawdę rządzi. Że mimo tego, jak kruchy i słaby wydawałby się świat i moje życie, to jest ktoś kto nad tym wszystkim panuje. Źródłem prawdziwego pokoju jest zaufanie i przekonanie, że do Boga i tak należy ostatnie słowo.

„Twoja jest, o Panie wielkość, moc, sława, majestat i chwała, bo wszystko, co jest na niebie i na ziemi, jest Twoje; do Ciebie, Panie, należy królowanie i ten, co głowę wznosi ponad wszystkich.
Bogactwo i chwała od Ciebie pochodzą, Ty nad wszystkim panujesz, a w ręku Twoim siła i moc, i ręką Twoją wywyższasz i utwierdzasz wszystko. „ (1 Krn 29, 11-12)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Ofiarowanie

Rozważając czwartą tajemnicę radosną różańca- „Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni”, przyszła mi myśl, że mimo powszechności tego zwyczaju w tamtym czasie, jego świadome wykonanie wymagało ogromnego zaufania Bogu. Jeżeli coś lub kogoś ofiarujemy Bogu to de facto zgadzamy się, żeby postąpił z tym jak chce. Jeśli coś komuś pożyczamy na ogół oczekujemy zwrotu w nienaruszonym stanie. Dar pozwala osobie obdarowanej zrobić z nim wszystko, nawet wyrzucić do kosza. Skoro więc ofiarujemy Bogu swoje życie, to możemy doświadczyć uzdrowienia na które czekaliśmy latami, ale możemy również stracić prace, bliskich czy też poważnie zachorować. O ile wypowiadanie w modlitwie tego, że ofiaruję życie Bogu, nie było dla mnie problemem. To jednak zrobienie tego z pełną świadomością możliwych konsekwencji tej decyzji to zupełnie inna kwestia. A jednak to konieczne. Bo co to za dar, który zabieramy komuś jak tylko widzimy, że nie postępuje z nim tak jak my tego chcemy…

niedziela, 19 listopada 2017

Warto dziękować

Jakiś czas temu miałem taki okres w moim życiu, że byłem ciągle niezadowolony i sfrustrowany. Właściwie sam się dziwiłem dlaczego, bo obiektywnie rzecz biorąc było całkiem nieźle. Większość rzeczy za które się brałem wychodziła mi, miałam również sporo innych powodów do radości. A mimo to jakoś się tym wszystkim nie potrafiłem cieszyć. Miałem też trochę problemów, jednak niespecjalnie poważnych, zresztą wydawałoby się, że przy ogromie dobra, którego doświadczyłem nie powinny mieć one większego znaczenia. Rzeczywistość jednak okazała się taka, że te problemy bardzo skutecznie potrafiły przysłonić mi całą resztę. Kiedy się zastanawiałem nad tym dlaczego tak jest, doszło do mnie, że przez długi czas w ogóle nie dziękowałem Bogu za to co od Niego otrzymuję. Za to całkiem sporo narzekałem na nieprzyjemności których doświadczałem. Dobro traktowałem jako coś co mi się po prostu należy. A zło jako jawną niesprawiedliwość. Skoro dobro było czymś w rodzaju standardu, oczywistości, rzecz jasna zupełnie nie zwracałem na nie uwagi. O dziękowaniu za nie już nawet nie wspominając. Jak przecież dziękować za coś co mi się w końcu należy? Doprowadziło to do sytuacji, w której wydawałoby się, że jedyne czego doświadczam to jakieś nieprzyjemności. Bycie szczęśliwym żyjąc w przekonaniu, że otacza mnie jedynie zło jest praktycznie niemożliwe. I byłoby takie niezależnie od tego jak bardzo by mi się w życiu układało.  Nie ma szczęścia bez dziękczynienia. Nie ma radości bez wdzięczności.

niedziela, 15 października 2017

„Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych"

„Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.„ (Mt 18, 10)

Myślę, że głównym problemem w naszym zamknięciu na drugiego człowieka nie jest to, że nie dajemy komuś szansy na kontakt czy nawet to że nie okazujemy miłosierdzia wobec kogoś, kto być może potrzebuję pomocy. Wbrew pozorom konsekwencje takiej postawy uderzają również w nas i to przynajmniej z taką samą siłą jak człowieka, którego odrzuciliśmy. Może się okazać, że nie dając szansy drugiemu człowiekowi nie daliśmy szansy Bogu. Bóg działa, mówi posługując się ludźmi i to wszystkim ludźmi! W Ewangelii świętego Mateusza Jezus mówi: „Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych”. Żadnym! Mam nie gardzić nie tylko tym pobożnym, miłym, uprzejmym, ale każdym człowiekiem. Jestem przekonany, że Bóg posługuję się również niewierzącymi. Osobiście doświadczyłem, tego że w momencie kiedy zaczynałem się otwierać na drugiego człowieka działy się naprawdę niesamowite rzeczy. Pamiętam jak jadąc na wakacje, z grupą znajomych, miałem masę obaw, związanych z tym czy te osoby będą uwzględniały w swoich planach moją chęć uczestniczenia w niedzielnej Mszy Świętej. Nie dość, że brały to pod uwagę to nawet pomagały mi znaleźć w jakich kościołach i o której godzinie jest Eucharystia. Ze zdziwieniem zauważyłem też, że zupełnie znikąd w naszych rozmowach zaczynały się pojawiać rozmowy dotyczące wiary czy sensu życia. Był to dla mnie ważny czas, w którym doświadczyłem takiej życzliwości jak chyba nigdy wcześniej, na żadnych rekolekcjach, w żadnej wspólnocie. Jak wiele bym stracił, gdybym wtedy posłuchał moich lęków…